Pages Menu
Categories Menu
Antoni Krzeski – Pionier rynologii

Antoni Krzeski – Pionier rynologii

Rozmowa z prof. dr. hab. med. Antonim Krzeskim, kierownikiem Kliniki Otorynolaryngologii Oddziału Stomatologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w Szpitalu Czerniakowskim w Warszawie.

Czuje się pan spełniony zawodowo?

W ciągu 30 lat stworzyłem w Polsce współczesną rynologię, wprowadziłem najnowsze techniki leczenia, wychowałem całe pokolenie chirurgów rynologów, wydałem dziewięć książek z zakresu rynologii. Co roku organizuję konferencje, na które przyjeżdżają najwięksi specjaliści ze świata i wymieniamy się doświadczeniami. Grzechem byłoby mówić, że zmarnowałem życie…

Mówi się, że lekarz to zawód dziedziczny. Co przesądziło o tym, że został pan lekarzem?

Na pewno atmosfera w domu. Pochodzę z rodziny lekarskiej, więc wzorce z domu na pewno tak. A swoją drogą, w tamtych czasach mówiło się, że jeśli człowiek nie nadaje się ani na uniwersytet, ani na politechnikę, to idzie na medycynę.

To jest żart?

Nie, tak było. Studia medyczne wymagały ciężkiej pracy, a tego mnie nauczono w domu. Mój ojciec ciężko pracował, ja też w czasie szkoły musiałem ciężko pracować, żeby dostać się na te studia, a później je ukończyć. Studia uniwersyteckie wymagają umysłu humanistycznego, a studia na politechnice umysłu ścisłego. Są natomiast ludzie, którzy ani nie są humanistami, ani matematykami. Natomiast w rzeczywistości studia medyczne są studiami dosłownie zawodowymi. Uczą zawodu, który kiedyś dawał olbrzymią satysfakcję. Dzisiaj tej satysfakcji jest mniej. Lekarz staje się dzisiaj w Polsce coraz bardziej wykonawcą poleceń biurokratów.

A skąd pomysł, żeby poświęcić się laryngologii?

To proste! Najpierw skończyłem stomatologię, po której miałem do wyboru: obowiązkowe pójście do wojska na dwa lata albo rozpoczęcie studiów medycznych. Przed wojskiem mogła mnie jeszcze wybronić praca na uczelni, ale ideologicznie nie pasowałem do Akademii Medycznej, bo mój ojciec miał prywatną praktykę dentystyczną. Kiedy nie przyjęto mnie do pracy w Klinice Protetyki w Warszawie, a byłem jednym z najbardziej kreatywnych studentów na stomatologii, zacząłem studiować medycynę, po której już trudno było wrócić do dłubania w zębach.

A jak w pana życiu pojawiła się rynologia?

To jest bardzo ciekawa historia. Chciałem zajmować się chirurgią plastyczną nosa, a laryngologia dawała mi kontakt z nosem. Byłem aktywny po zrobieniu specjalizacji, wyjechałem na europejską konferencję rynologiczną, dosłownie „wpraszając się”. To był wtedy 1986 rok. Napisałem list do organizatorów z prośbą o zwolnienie mnie z opłaty za uczestnictwo. Miałem szczęście – prezydent tej konferencji, profesor z Grecji, odpowiedział na mój list, powiedział „przyjeżdżaj” i dał mi wszystko. Poznałem tam wspaniałych ludzi. To był przełomowy kongres – wtedy odbyła się pierwsza w świecie prezentacja chirurgii endoskopowej zatok przynosowych. To tak jak pierwsza operacja laparoskopowa. To rozbudziło we mnie marzenie…

W 1986 roku sprzęt do chirurgii był wart około 80 tys. marek. To były niewyobrażalne pieniądze! W ciągu pięciu lat znalazłem sponsora, który wyłożył 80 tys. Pewnego razu odebrałem telefon o dziewiątej wieczorem, dowiedziałem się, że rano muszę złożyć zamówienie na ten sprzęt i… nie mam żadnego limitu finansowego. Nie wiedziałem, co kupić, miałem tylko katalog. Dzięki życzliwości boskiej i ludzkiej dostałem sprzęt. I zostałem samotnikiem, który ma rakiety kosmiczne i musi zrobić z nich użytek.

I udało się!

Krok po kroku, przy dużej przychylności szefa. Trzeba powiedzieć, że prof. Janczewski może bardzo mnie tutaj nie wspierał, ale dał mi szansę – w szpitalu na Banacha miałem do dyspozycji własną salę operacyjną, gdzie codziennie robiłem po dwie operacje. Trwało to dwa lata. Byłem absolutnym samotnikiem, który musiał sam podejmować wszystkie decyzje operacyjne. Nie miałem kogo się zapytać czy poradzić, ale miałem salę operacyjną i przeogromną liczbę pacjentów. Wtedy również uświadomiłem sobie, że skoro mam tu takie warunki, to powinienem napisać pracę habilitacyjną. Stworzyłem warsztat pracy, ciekawy temat i zająłem się habilitacją. Zrobiłem ją w ciągu trzech lat.

Wtedy był pan pionierem rynologii w Polsce, a dziś jest pan autorytetem. Jak pan ocenia współczesną rynologię w Polsce?

Mam wielką satysfakcję, że to się tak rozwinęło w ciągu 20-30 lat. Zaczynaliśmy od epoki XIX-wiecznej, od technik XIX-wiecznych. Organizowałem pierwsze kursy dla laryngologów. Przyjeżdżali koledzy z całej Polski. Uczyłem może nie wszystkich, ale bardzo duże grono lekarzy. Moją próżność bowiem wypełnia organizacja szkoleń. Bardzo lubię uczyć, lubię również pracować z młodymi ludźmi. Jak dzisiaj na to patrzę, to mam satysfakcję, że coś zapoczątkowałem, coś zrobiłem. Proszę mieć na uwadze, że pierwsza polska książka o zapaleniu zatok przynosowych została napisana w 1936 roku. Kolejna książka polskich autorów o zapaleniu zatok została napisana pod moją redakcją w 2007 roku. Pomiędzy tymi latami nie było żadnej książki na temat problemów rynologicznych. To najlepiej oddaje, że ta specjalność, która nosi nazwę otorynolaryngologia była otolaryngologią, laryngologią, a „ryno” nie istniało. Patrząc z perspektywy czasu, widzę, że mam w tym swój udział, że zaistniała i rynologia.

Lepsza jest farmakoterapia czy operacja?

Przede wszystkim rozsądek. Rozsądek i przyzwoitość. W chorobach przewlekłych nie ma albo albo. Najpierw leczymy farmakologicznie. Jeśli nie ma trwałych rezultatów, pojawia się etap chirurgiczny i powrót do farmakoterapii.

A farmakologia to sterydy?

Na obecną chwilę tak.

Pacjenci nie boją się?

Nowoczesne sterydy do nosa są bezpieczne. Sterydy 10 lat temu, a sterydy dzisiaj to są zupełnie inne leki. Pacjenci boją się, to ich prawo, zwłaszcza po tym, co czytają w prasie. Mam zwyczaj zadawać pytanie kobietom, które zwłaszcza się boją sterydów, czy pani się nie boi przyjmować środków antykoncepcyjnych. Przecież to też są hormony…

Dziś pan jest mistrzem dla swoich studentów i młodych lekarzy. Czego ich pan tak naprawdę uczy?

Przyzwoitości. To takie zapomniane dziś pojęcie, bo w medycynie liczy się przede wszystkim przyzwoitość. Młodzi w pewnych obszarach są bardziej na topie ode mnie, albowiem przy dzisiejszym dostępie do materiałów nie ma mistrza, który wie wszystko. W moich czasach, gdy była jedna książka, to mistrz, który jeździł po świecie, wiedział więcej. Dziś nie trzeba jeździć, wystarczy posiedzieć i zgłębić temat. A w medycynie liczy się rzetelność i przyzwoitość. Co jeszcze robię? W sposób kontrolowany daję im wolną rękę, żeby sami dochodzili do doświadczenia, a nie na zasadzie poleceń, że ma być tak i tak. Niewątpliwie wymaga to większego nadzoru. Biorę na siebie większą część tego stresu, ale to daje znakomite rezultaty.

A gdy wychowankowie wyjeżdżają…

Nie muszą wyjeżdżać. Dzisiaj przechodzą do innej pracy. Ten rynek jest tak ogołocony, że jeżeli oni są dobrze wykształceni, to są po prostu podkupywani. Zdecydowanie lepiej żyją niż mi się powodzi, ale wielu z nich mówi swoim pacjentom, że się uczyli u prof. Krzeskiego. Nadużywają tego, bo od każdego powołania się na moje nazwisko powinni płacić mi prowizję… Dzisiaj nie trzeba wyjeżdżać, tak ten rynek jest przetrzebiony. Jest wielka luka pokoleniowa, a już dla tych, co umieją operować – mówię o laryngologii – nie mam argumentu, żeby ich zatrzymać u siebie w klinice.

Według statystyk żyjemy coraz dłużej, co oznacza, że grupa osób w podeszłym wieku się powiększa. Ci z kolei mają problemy ze słuchem.

Problem słuchu to nie jest problem stricte laryngologiczny. Teraz jest wyodrębniona specjalność audiofonologia. W rynologii chodzi bardziej o ludzi młodych, w wieku produkcyjnym. Poza tym to, co teraz jest przynależne po części do laryngologii, a konkretnie do rynologii, to jest zespół obturacyjnych bezdechów podczas snu, który dotyczy 5 proc. populacji dorosłych i 3 proc. dzieci. To jest dużo groźniejsze, bo skutkuje chorobami ogólnoustrojowymi.

Pacjenci to bagatelizują?

Nasze społeczeństwo nie jest jeszcze w pełni świadome tego problemu. Przychodzi pacjent do doktora i mówi: „Chrapię”. A doktor odpowiada: co drugi chrapie i tego się nie leczy. A to chrapanie może być punktem wyjścia do śmiertelnej choroby, która nazywa się zespołem obturacyjnych bezdechów podczas snu. To jest dzisiaj problem społeczny. Osoba, która w wieku około 40 lat chrapie, ma bezdechy i nadciśnienie, staje się potencjalnym kandydatem do zawału, do wylewu, bądź zostania cukrzykiem. Jest to również problem związany z jakością życia. Ale ten problem społecznie nie istnieje. Na szczęście coraz częściej zaczyna się o nim mówić.

Rozmawiał Dariusz Dewille

Zdjęcie profesora publikujemy dzięki uprzejmości portalu naTemat.pl

Antoni Krzeski – Pionier rynologii
4.8 (96%) 5 votes